Wziąść czy nie wziąść?

Wziąść czy nie wziąść?

Staram się mówić poprawnie. Zakładam, że nie zawsze mi to wychodzi. Przecież sama czasem się zastanawiam, jakie formy sprawiających największe trudności przypadków są tymi właściwymi. Często sięgam do słownika, często sprawdzam, szukam, przekonuję się.

Ale jak znieść twory takie jak „przyszłem” albo „wziąść”?

Jestem wyrozumiała, kiedy ktoś nie zawsze mówi o mateMAtyce, FIzyce albo graMAtyce, chociaż to też zaczyna troszkę przeszkadzać uszom. Ale czy naprawdę trudno zapamiętać, żeby wziąć coś ze sobą, wziąć kubek z herbatą, wziąć czekoladę ze sklepowego regału? Przecież nawet w wymowie „wziąć” jest łatwiejszy niż jego nieprzyjemny, natarczywy kolega „wziąść”.

A „przyszłem”? Przecież skoro kolega do mnie przyszedł, a nie „przyszł”, to ja także przyszedłem do niego.

Wydawało mi się, że to już bardzo nagłośniony problem i ludzie przestają popełniać TAKIE błędy. Krótki spacer po parku albo rozmowa z szukającym słuchacza towarzyszem kolejowej podróży może jednak tak bardzo rozczarować…

Studentka P.

Reklamy
Zaległości

Zaległości

Przez całe pięć lat studiowania nie umiałam zrobić czegoś na zapas, wcześniej, z wyprzedzeniem. Zawsze zostawiałam wszystko na ostatnią chwilę. I zastanawiam się, czy kiedykolwiek nauczę się „wyrabiać” z tym, co zaplanowane.

Był pewien weekend majowy, były góry, później były juwenaliowe koncerty i nawet na blogu mam zaległości. Teraz czeka na mnie magisterka (książki już przestały krzyczeć z półki, cichutko szepczą, że może w końcu bym je przejrzała), czekają miliony tekstów, które trzeba przeczytać, czeka sterta korekt, które trzeba wykonać. O wszystkich pracach domowych nawet nie wspominam.

A ja teoretycznie to wszystko robię. A w praktyce? Między jedną a drugą książką oglądam serial, między trzecią a czwartą stroną magisterki idę coś zjeść, między piątą a szóstą korektą muszę się zrelaksować. A kiedy czuję się niezręcznie nawet przed samą sobą, zaczynam sprzątać mieszkanie (żeby nie było, że nic nie robię!).

A kiedy zbliża się jeden, drugi, trzeci czy czwarty termin? Zarywam nocki, piję hektolitry kawy, wyglądam jak ktoś, komu wybitnie się w życiu nie udało i… I nadrabiam zaległości, czyli robię to wszystko, co przy odpowiedniej organizacji dałoby się wykonać wcześniej.

Dałoby się. Ale po co? Tak jest przecież ciekawiej. Tak jest po mojemu.

Studentka P.

Biblioteczka

Biblioteczka

Studenckie mieszkanie powinno być wyposażone w wiele niezbędnych sprzętów.

Numer jeden stanowią wszystkie urządzenia, bez których nie da się żyć (lodówka, pralka, przydaje się też kuchenka, czasem potrzebny jest toster).
Drugie na liście są biurka, chociaż mnie za biurko służy najczęściej podkładka, dzięki której wszystkie rzeczy pisemne i komputerowe mogę załatwiać na łóżku (przecież tak jest dużo wygodniej!).
Dla kolekcjonerów i miłośników herbaty nie ma mieszkania bez kubków (zastanawiam się, czy przy następnym sprowadzonym przeze mnie na kuchenną półkę kubku, moi współlokatorzy nie wyrzucą mnie razem z tym herbacianym dobytkiem z mieszkania).

U mnie jest coś jeszcze. W rogu pokoju stoi regał, a na nim przeróżne rzeczy. Jedne znalazły się tam, bo nigdzie nie było dla nich miejsca, inne – bo znaczą zbyt wiele, żeby się ich pozbyć.

A poza tym wszystkim są jeszcze książki. Te nabyte gdzieś po okazyjnej cenie, te wymarzone, których cena nie grała roli, te otrzymane w prezencie od bliskich, te towarzyszące mi od czasów dzieciństwa. Ci, którzy pomagali mi w przeprowadzkach, pewnie stwierdzą, że trzymam je tylko po to, żeby ktoś musiał się męczyć niosąc wypełnione nimi ciężkie torby.

A dla mnie są one nieodłącznym elementem każdego miejsca, które zajmuje na dłużej niż tydzień.

Studentka P.

M jak magisterka

M jak magisterka

Wszędzie magisterka. W domu, na uczelni, nawet ten wpis musi jej dotyczyć, bo w głowie też ciągle jest magisterka.

Czy pisanie pracy magisterskiej nie może być przyjemniejsze?

Przecież sama wybrałam sobie temat. Przecież na początku, kiedy moja przygoda z seminarium się rozpoczynała, byłam zafascynowana tym, że będę mogła zgłębiać różne tajemnice i poszerzać wiedzę o mowie dziecięcej. Przecież to tylko kilkadziesiąt stron. Przecież da się to napisać. Przecież nie jestem jedyną osobą, która musi to zrobić. Przecież „przede mną” też wszyscy pisali prace magisterskie. Przecież „po mnie” też wszyscy będą je pisać.

Mówią, że najgorzej zacząć, a ja stwierdzam, że najgorzej przerwać. Bo jest już początek, już coś mam. Szkoda tylko, że w pewnym momencie zabrakło weny i odłożyłam to „na później”.

A teraz to „później” nadeszło i to w postaci nieuchronnie zbliżającego się zakończenia ostatniego semestru studiów.

Trudno. Okna umyte, mieszkanie wysprzątane, nic nie stoi na przeszkodzie. Jeszcze tylko trzeba zaopatrzyć się w ogromne ilości kawy i jedzenia do podgryzania w tak zwanym międzyczasie. I już będzie można pisać, pisać, pisać…

Zawsze jest jakieś wyjście

Zawsze jest jakieś wyjście

Od początku października próbuję oswoić się z myślą, że jestem na ostatnim roku studiów. Od początku października minęło pół roku, a ja chyba nadal nie zdaję sobie sprawy z tego, co będzie, kiedy przyjdzie lipiec. Od początku października moje nastawienie do tej kwestii zmienia się każdego dnia.

Bo jak tu się nie cieszyć. W końcu nadejdzie ten czas, kiedy uporam się ze wszystkimi egzaminami, kiedy skończę moją pracę magisterską, kiedy uzyskam ten długo wyczekiwany tytuł naukowy, kiedy po prostu osiągnę postawiony sobie pięć lat temu cel. Znajdę pracę, popołudniami będę czytać książki, spacerować, może spełniać swoje marzenia.

Ale jak pogodzić się z tym, że status studenta nie będzie mnie już dotyczył. Albo z tym, że będę musiała pożegnać się z moim ukochanym zielonym kartonikiem, dzięki któremu podróżowanie było dużo tańsze, a wejście do ZOO w środy kosztowało tylko 10 zł. A jak uporać się z myślą, że nie będzie już spotkań na uczelni.

Trudno przechodzić z jednego etapu życia w kolejny. Dobrze, że w głowie zostało jeszcze trochę pomysłów i gdzieś tam kryją się resztki pozytywnego myślenia. Przecież zawsze jest jakieś wyjście. A jak go nie ma, to trzeba je sobie stworzyć.

Studentka P.

Precyzyjność? A co to takiego?

Precyzyjność? A co to takiego?

Niełatwo budować swoją wypowiedź i jednocześnie zastanawiać się, czy inni nas zrozumieją. Nie można też od każdego człowieka wymagać idealnego doboru słów czy nawet cudownej poprawności i niepopełnienia ani jednego błędu w budowanych zdaniach. Ale czy nie można czasem zastanowić się nad precyzyjnością i nad tym, czy to, co chce się przekazać, ma w ogóle sens.

Do takich rozmyślań skłonił mnie pewien napis, który znalazłam na jednym z wrocławskich murów. Domyślam się, że jego autorem był jeszcze nieodkryty wieszcz narodowy albo chociaż prorok. A napis brzmiał tak: „Apokalipsa św. Jana w 2017 roku rozpocznie się konfliktem nuklearnym”.

Pomijam fakt nadchodzącej apokalipsy, bo końców świata w swoim życiu przeżyłam minimum dziesięć. Bardziej zastanowiło mnie to, skąd nagle w 2017 roku weźmiemy świętego Jana i jak namówimy go do napisania Apokalipsy po raz drugi. Nie wspomnę o tym, że o konflikcie nuklearnym można mówić od momentu wynalezienia broni jądrowej i wydaje mi się, że miało to miejsce „kilka” lat po świętym Janie.

Być może „wyznawcy” owego niedocenionego wrocławskiego proroka zrozumieją go doskonale i już zaczną budować schrony. Mnie, ironiczną studentkę, takie hasło tylko rozbawiło.

Studentka P.

Lubię niespodzianki

Lubię niespodzianki

Idę chodnikiem, pada deszcz, co jakiś czas przeskakuję kałuże. W głowie jak zwykle pełno myśli, które nie nadążają za sobą. Raz za razem pojawia się coś nowego.

Co ugotować, dlaczego znów pada, w mieszkaniu tyle pracy, znów nie pościeliłam łóżka, ale ładny pies, chciałabym mieć psa, trzeba przemyśleć, co dalej zrobić ze swoim życiem, dlaczego znów nikt nie odbiera telefonu, przecież tak lubię rozmawiać, magisterka, muszę napisać coś sensownego, bo czasoprzestrzeni nie zagnę, maj i kwiecień się nie wydłużą, kończą się pieniądze, ciekawe kiedy teraz sąsiadce z dołu zacznie przeszkadzać to, że żyję w swoim mieszkaniu i czasem zdarzy mi się po nim chodzić.

I nagle przez tę całą burzę w mojej głowie, ba, nawet przez deszcz, który szumi od rana, przebijają się dwa słowa: „tę sukienkę”. Podnoszę głowę i widzę młodą kobietę, która rozmawia przez telefon. Zwyczajna pani. Prowadzi dziecko za rękę i próbuje coś komuś wytłumaczyć. I na pewno nie zdaje sobie sprawy, ile radości wniosła w mój świat tymi dwoma słowami. Bo tak wspaniale jest usłyszeć „tę sukienkę” zamiast „tą sukienkę”.

Czasem tak niewiele potrzeba do szczęścia.

 Studentka P.